Spadkobiercy Pottera – refleksje na temat adaptacji młodzieżowej fantastyki

W moim poprzednim artykule dotyczącym ekranizacji powieści młodzieżowych starałem się opracować możliwie najbardziej czytelny i odpowiadający faktom ogólnikowy podział filmów powiązanych z gatunkiem young adult. Dzisiejszy tekst to swojego rodzaju kontynuacja owych wątków. Skończyłem na stwierdzeniu, że najważniejszym spoiwem, głównym elementem mody na adaptacje tego rodzaju książek są filmy powstałe na bazie pozycji należących w mniejszym bądź większym stopniu do fantastyki. Teraz przejdę do szerszej analizy tego najbardziej powszechnego największego źródła na podstawie kilku reprezentatywnych przykładów. Jak już o tym napomknąłem wcześniej, wielką falę tych ekranizacji zapoczątkowało jedno zjawisko – „Harry Potter”. Jak zatem sprawują się ci następcy nastoletniego czarodzieja?

Na początek wypada z grubsza co nieco rzec o samych inspiracjach. Wysyp literatury młodzieżowej, a w następnej kolejności przenoszenia konkretnych tytułów na ekran jest niekwestionowaną zasługą wyobraźni J.K. Rowling. Historia młodego chłopca w świecie czarodziejów podbiła świat w pięknym stylu, trwale zaznaczając swoje stałe miejsce we współczesnej popkulturze. Wielkie uznanie idące w parze z rewelacyjną sprzedażą na tak wielu dodatkowych frontach medialnych (m.in. gry komputerowe czy oczywiście kinowe hity) nie mogły przejść bez echa. Kwestią czasu zatem był wielki desant kolejnych produkcji bazujących na literaturze young adult. Obecna ilość książek młodzieżowych, które zostały zekranizowane, jest już wręcz przytłaczająca – w głównej mierze dlatego, że hollywoodzcy producenci wiedzą, co robią i wkładają swoje pieniądze w całe serie. Czy jednak przekłada się to na jakość? Czy naprawdę znalazło się tylu autorów, których dzieła warte są aż takiej atencji? Co jasne, nie będę analizował tutaj owego problemu w całej rozciągłości – w końcu nie taki jest temat mojego artykułu. Jednakże nie zaszkodzi – a nawet wręcz przyda się do naszego kontekstu – jeżeli co jakiś czas co nieco się choć o tym napomknie. Bo faktycznie, książkowa saga chociażby „Igrzysk śmierci”, „Niezgodnej”, czy – co chyba jest jasne samo przez siebie – „Zmierzchu” odstają wyraźnie pod niemalże każdym względem od którejkolwiek – również przecież mimo wszystko dalekiej od ideału – pozycji z serii „Harry’ego Pottera”. Ale czynić to będę głównie dla podkreślenia pewnych działań twórców. Nie mam najmniejszego zamiaru konstruować z tej części moich refleksji puklerzu dla twórców filmu, który usprawiedliwiać będzie ich nieudolność wątpliwą jakością pierwowzoru. To mimo wszystko oddzielne media, które powinny potrafić funkcjonować niezależnie od siebie.

http://cdn.playbuzz.com/cdn/fcfdc7ce-b898-4ab4-815b-74500ae8302d/59adb8fa-10ad-48fd-8d73-1193e1acf443.jpg Fakt faktem, taśmowość omawianych tutaj dzieł w ogromnej mierze odbija się negatywnie na staranności twórców w kwestii samej jakości tworzenia ekranizacji. Szybko pojawiły się filmy, które ewidentnie zostały, mówiąc kolokwialnie, „odwalone”. Zupełnie tak, jakby scenarzystom i reżyserowi narzucono odgórnie temat, „bo to się teraz sprzedaje”, a oni musieli jakoś zmieścić treść kilkuset stron danej pozycji z literatury młodzieżowej w ponad półtoragodzinnej produkcji. Oglądaliście kiedyś adaptację książki, której nigdy wcześniej nie mieliście nawet w ręku, a mimo to wiecie niemal na sto procent, że projekcja ją zwyczajnie pocięła na kawałki, tworząc wybrakowany towar? Coś takiego można odczuć przy obu częściach „Więźnia Labiryntu” (szczególnie tyczy się to części drugiej). Chwilami ciężko nawet o osąd, czy marność kolejnych scen wynika bardziej z tego, że ci, co podjęli wyzwanie, nie popracowali nad niedoskonałościami materiału bazowego (co przynajmniej w drobnym stopniu ich usprawiedliwia), czy po prostu zrobili takie skróty, że czasem nawet fan wersji książkowej zastanawia się, co właśnie ogląda. Są jeszcze przykłady, które sobie jakoś poradziły, przynajmniej na tle konkurencji (przede wszystkim chodzi tutaj o naprawdę niezłe pod tym względem „Igrzyska śmierci”), lecz nie zmienia to faktu częstości zjawiska dokładnie odwrotnego. A gdy dany pierwowzór sam w sobie jest słabym tworem i dochodzi jeszcze niewłaściwe przeniesienie tego wszystkiego na ekran, to jest już naprawdę źle.

http://www.thehungergames.movie/assets/images/films/mj2/videos/mjp2teaser.jpg

Hollywood lubi iść w schematy, bo w ten sposób potencjalnie łatwiej im jest sprzedać produkt. Wiadomo to od dawien dawna. Dostrzec można tego typu tendencję także w powyższych adaptacjach. W pewnym momencie niełatwo jest osądzić, czy wtórność tylu scenariuszy bardziej jest „zasługą” tego, że określona liczba pisarzy zrzyna z gotowych schematów, czy tego, że rzemieślnicy z Fabryki Snów dopasowują historie do wygodnych im gotowych klisz. Przypatrzmy się chociaż paru przykładom. Od dobrych kilku lat trwa w najlepsze stale powtarzający się motyw garstki młodych ludzi walczących z niesprawiedliwym systemem. „Igrzyska śmierci”, „Niezgodna”, „Więzień labiryntu”, „Dawca pamięci” – w każdej z tych serii mamy jakiś uproszczony świat postapokaliptyczny w nieokreślonej przyszłości, gdzie zazwyczaj niepodzielnie panuje twarda dyktatura jednej grupy będącej ponad innymi. W „Igrzyskach” jest to jeden rząd, utrzymujący się dzięki propagandzie i silnemu wojsku oraz podziałowi narodu na dystrykty; seria „Niezgodnej” ma w tym miejscu podział na… frakcje (i to oczywiście w ogóle nie brzmi znajomo…), a każda z nich prezentuje jakąś cechę charakteru, którą dana grupa się wyróżnia; znany świat „Więźnia labiryntu” jest ściśle kontrolowany przez grupę naukowców, robiącą swe eksperymenty „dla dobra ogółu”. Ich funkcje mogą się w pewnych szczegółach różnić, czasem nawet („Więzień labiryntu”), wprowadzana minimalna wątpliwość, czy aby na pewno są oni „tymi złymi”, aczkolwiek koniec końców wynik jest jeden: główny bohater gromadzi wokół siebie przyjaciół i sojuszników, by ich obalić, wywalczyć wolność dla ludu prześladowanego – i tak do znudzenia. Często też wprowadzane są podobne komplikacje w postaci trójkąta miłosnego. „Intruz”, „Dary anioła. Miasto kości”, a z bardziej sztandarowych „Zmierzch” tudzież „Igrzyska śmierci”; motyw ten przewija się w minimalnym stopniu gdzieś w drugiej części cyklu „Niezgodna” – „Zbuntowanej”. O modzie na nastoletnie wampiry (saga „Zmierzch”, „Akademia wampirów”) nawet nie ma sensu dłużej się rozpisywać – głównie dlatego, że ten został on już brutalnie wdeptany w ziemię z tylu stron, że musiałbym go specjalnie wykopywać – a to po prostu nie ma sensu. Zastanawiając się nad tym wszystkim, trudno uwierzyć, że materiałem źródłowym są dzieła literackie, a nie jeden, czy dwóch scenarzystów z Hollywood, którym nie chciało się myśleć.

http://cdn-static.denofgeek.com/sites/denofgeek/files/9/27//eclipse-hq-stills-twilight-series-18202704-1116-764.jpg

Każdą z rzeczonych pozycji cechuje oczywiście swoisty kult jednostki – tj. głównego protagonisty. Katniss/Triss/Thomas/ktokolwiek inny to zazwyczaj od początku ponadprzeciętna osoba, która nawet podczas ciężkiego startu wyróżnia się wśród innych, robi szybko dobre wrażenie, jest uwielbiana przez przyjaciół, co najmniej skrycie szanowana przez wrogów… wymieniać można bez końca. Tutaj nawet nie chodzi o to, że główny bohater w ogóle się czymś wyróżnia, bo tego akurat chyba nigdzie nie da się całkowicie uniknąć. Boli raczej sama sztuczność owych zabiegów. Ma się wrażenie, że cała rzeczywistość przedstawiona w danym obrazie została w pełni podporządkowana egzystencji jednej osoby, co mocno zabija wiarygodność utworzonego uniwersum. Zwłaszcza, kiedy zostaje to tak wdrożone, jak przykładowo w „Więźniu Labiryntu”. Przewodzący tam plejadzie postaci Thomas niemalże od razu, gdy się pojawia wśród swoich rówieśników, staje się jedną z ważniejszych postaci – gdyby zasługą była jego wybitna inteligencja, umiejętności dowódcze etc., nie byłoby żadnego problem. Tyle, że całość sprowadza się do prostego faktu, iż wszyscy wokół niego zachowują się jak stereotypowi mało rozgarnięci nastoletni Amerykanie – co wręcz każe zapytać, jakim cudem tyle przeżyli – a on jako jedyny wykazuje przynajmniej symptomy jakiegokolwiek zdrowego rozsądku. Oczywiście nie zawsze mamy tak złą sytuację. W „Igrzyskach śmierci” jest sporo lepiej, ale nasza „igrająca z ogniem” Katniss Everdeen i tak jest od pierwszych części wychwalana i podziwiana nie do końca współmiernie do jej zasług (obie części „Kosogłosa” popadają pod tym względem już w ciężkostrawną przesadę). Co prawda u Rowling sam Potter pełni podobną funkcję i bywa to niekiedy w podobny sposób irytujące (potterocentryzm jest tam w moim przekonaniu jedną z większych wad całej serii). Ale tam przynajmniej niemało do powiedzenia mają także istotni bohaterowie poboczni (inni uczniowie Hogwartu, z Ronem i Hermioną na czele), podczas gdy charaktery z „Niezgodnej” czy właśnie „Więźnia labiryntu” ograniczają się zasadniczo do półanonimowych towarzyszy protagonisty z zestawem dwóch-trzech cech rozpoznawalnych na krzyż.

https://i.kinja-img.com/gawker-media/image/upload/s--A7P8WhsL--/c_scale,fl_progressive,q_80,w_800/rull9j7ubkw0tdvilh80.jpg
Przy w ten sposób postawionej sprawie na koniec nasuwa się pytanie, czy nazywanie powyższych filmów produktami skierowanymi do młodzieży jest w pełni fair. Jakie w ogóle cechy powinny mieć tego typu widowiska…? Wydaje się, że powinny znaleźć się w fazie przejściowej: jeszcze nie w pełni „dorosłe” problemy, acz ma to być już poziom wyżej od filmów przeznaczonych dla najmłodszych. Tymczasem, jak się okazuje, obecne adaptacje owej literatury nie tylko nie utrzymują wspomnianego balansu, ale w dodatku jeszcze pod wieloma względami zaniżają ogólny poziom. Szczególnie razi ta wszechobecna czarno-białość, prowadzenie za rączkę widza – to właśnie w dużej mierze uczyniło prezydenta Snowa (Donald Sutherland) kandydata na Najgłupszego Dyktatora Wszech Czasów. I nic nie pomoże wybitny aktor w obsadzie, gdy człowiek trzymający rzekomo w ryzach swój kraj przez kilkadziesiąt lat jest tak niewiarygodny. Bo co innego można powiedzieć, gdy np. Snow organizuje następne Głodowe Igrzyska złożone ze zwycięzców poprzednich edycji („Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia”) – rzekomo po to, by udobruchać ludność, a zaraz po tym, gdy okazuje się, że gawiedź ma dość przelewu krwi, i tak to wszystko organizuje, a do tego jeszcze krwawo rozbija ich zamieszki, osiągając ostatecznie efekt odwrotny do zamierzonego…? A przypominam, że podałem przykład mający miejsce w sadze uznawanej (prawdopodobnie zresztą słusznie) powszechnie za najlepszą ze wszystkich, które pojawiały się po „Harrym Potterze”. Zasadniczo lepiej w takim wypadku obejrzeć jakąś starą bajkę w rodzaju „Króla Lwa” czy „Aladyna”, gdzie również jest jasny podział na dobro i zło, ale tam zazwyczaj nie wkładają tego młodym widzom łopatami do głowy i nie próbują obrazić ich inteligencji. Choć to trochę przygnębiające, że najpopularniejsze obecnie filmy młodzieżowe zamiast dawać nowe wyzwania, już prędzej uwsteczniają. Ale może kiedyś nadejdzie dzień, w którym przenoszona na ekran będzie porządna literatura, a twórcy będą traktować docelowy przedział wiekowy poważnie. Jednak, idąc za słowami Aragorna z trzeciej części „Władcy Pierścieni”: „ale to jeszcze nie ten dzień”.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Zastępca redaktora naczelnego

Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?