Co takiego mam na myśli określając ten film mianem klasyczny film Eastwooda? Filmy Twardziela z San Francisco mają w sobie coś sygnaturalnego. Sposób wyprowadzenia przed kamerę postaci czy swoista dynamika filmu – ciężko powiedzieć gdzie dokładnie jest wspomniany podpis Eastwooda. Jednak gdy oglądałem Przemytnika, to były momenty – nawet gdy reżyser nie był wówczas na ekranie – w których nie dało się nie odczuć czegoś znanego chociażby z Gran Torino. Okrutnym byłoby stwierdzić, że to filmy z szablonu. Że stary, dobry Clint kładzie formatkę i beznamiętnie ją obrysowuje, wypuszczając swoją kolejną produkcję. Bo mimo podobieństw to każdy kolejny jego film ma w sobie coś nowego. Śmiem nawet twierdzić, że gdyby nie Gran Torino i Snajper, to nie powstałby tak dobry Przemytnik. Chociaż są w nim elementy, które wśród widzów przedpremierowego pokazu powodowały parsknięcia lekkiego rozczarowania.
Jako że darzę filmy Eastwooda niemałym sentymentem, to na pierwszy ogień zlustrujemy wady produkcji. Pierwszym co zwraca naszą uwagę to fakt, że Przemytnik balansuje po bardzo cienkiej linii pomiędzy trzymaniem się sprawdzonego schematu a bezczelnym odgrzewaniem kotletów. Będąc złośliwym można by określić głównego bohatera jako efekt fuzji postaci jakimi są Walt Kowalski z nieraz wspomnianego już Gran Torino i Walter White z Breaking Bad. No… może niezupełnie, bo bohater na końcu okazuję się zmienić na lepsze. Ale nazwanie pomysłu na scenariusz w pełni oryginalnym to jak określenie Fiata Multipla wyznacznikiem estetyki motoryzacyjnej. Do przywar produkcji należałoby zaliczyć także ze dwa momenty rzucania sztampowymi, głodnymi kawałkami w dialogach.
Tak, zdarzyły się sceny, w których klasyczności było za dużo, a wysłużone frazy odpalały protokół autodestrukcji na czipie gdzieś w moim mózgu. Ale to byłoby… naprawdę na tyle, jeśli chodzi o wady. Film Eastwooda jest nieco schematyczny, ale to schemat, którego torami przejażdżka jest bardzo miła. W wojaż zabieramy także panteon znanych gwiazd, co jeszcze bardziej nam ją umila! Główny bohater – znany już jakby skądinąd – ma wyjątkowy rys. Po części jest anachroniczny jak Walt Kowalski, a częściowo całkiem inny – ot staruszek-lekkoduch, pogodny i serdeczny. I przede wszystkim bardzo wiarygodny oraz barwny. Reżyser i odtwórca głównej roli pokazał, że mimo upływu lat jest nadal groźnym pistolero, jeśli chodzi o przemysł filmowy.
Fabuła jest tu atrakcyjnie poprowadzona co znamienne jest już w tempie jej zawiązania – powolne wprowadzenie nabiera rozmachu, aby na koniec bez reszty pochłonąć akcją. W miarę wartką, bo do sensacyjnej strzelaniny tu daleko. Może nieco boli nawet, że przez tę dynamikę nie poznajemy pełni losów w głębi dobrego i lojalnego Julio. Cenionym i znanym zabiegiem jest też jednostronnie nieświadoma konfrontacja – postaci Coopera i Eastwooda spotykają się w pewnym momencie, co też jest znakomicie poprowadzone. Znajdziemy tu też charakterystyczne, eastwoodowskie poczucie humoru.
Przemytnik to film ciekawy (a Słowacki wielkim poetą był…). Interesuje, a jednocześnie jest ciepły. To przejmujące ciepło połączone z akcją i poczuciem humoru znajdujemy na każdym kroku. Zmierza to do konkluzji, którą pozwoliłem sobie zostawić na sam koniec recenzji – jest to film z morałem. Może nieco banalnym, ale nie sposób mu zaprzeczyć. To film uczący, że czasu za nic nie kupisz, a rodzina jest najważniejsza. Pokazuje, że nie pieniądze są ważne, nie puste przyjemności i splendor, a to ile pozostaje z nas w sercach naszych bliskich. Banalne, racja. Ale przykład jakiego użyto w filmie i sposób jego prezentacji już taki banalny nie jest. Miło go się ogląda. Stary, dobry Clint w Przemytniku zaraża nas optymizmem w sposób intrygujący. Jest to tytuł, po który warto sięgnąć zawsze, samemu lub z ukochaną u boku, w słoneczne południe lub w deszczowy wieczór.
Kto pisał tę recenzję i ile za to dostał? Film jest słaby, słabe dialogi, zero akcji i traktowanie widza jak debila któremu wszystko trzeba wytłumaczyć. Żenada jedna wielka