LastMan tom 6 – recenzja komiksu

LastMan to seria o wiele dłuższa, niż początkowo zakładałem. Kiedy wpadł mi w ręce pierwszy tom, pomyślałem, że żywotność takiej opowieści to maksymalnie trzy albumy, tymczasem okazało się, że wydany właśnie przez Non Stop Comics LastMan tom 6 doprowadza nas dopiero na półmetek historii. Twórcy komiksu, których tempo pracy wypada pochwalić (w latach 2013-2019 ukazało się 12 tomów sagi), wciąż dodają do wykreowanego świata nowe elementy i chociaż nie wszystkie do siebie idealne pasują, to nie można mówić, że scenarzysta i rysownicy nie zaskakują czytelników.

Już od pierwszych stron widzimy bardzo dużą zmianę klimatu. Dragonballowa tematyka walk na pięści schodzi jakby na drugi plan (chociaż nie znika zupełnie) i zostaje zastąpiona prawie że superbohaterskim feelingiem z sensacyjnym sznytem. Richard Aldana rusza śladem tajemniczej sekty, o której wspominałem w poprzedniej recenzji. Do dyspozycji ma niecodziennych sojuszników, w tym Cristo Canyona, o którego dziedzictwie dowiemy się w tym tomie nieco więcej.

Kiedy bohaterowie przybywają na wyspę, na której mieści się kompleks złoczyńców, zaczyna się prawdziwe szaleństwo. Akcja nabiera zawrotnego tempa, na jaw wychodzą makabryczne eksperymenty, których nie powstydziłby się jakiś złol z Kapitana Ameryki czy X-Men, mamy sporo strzelania, rzucania się granatami i walk na pięści.

A te są tradycyjnie już spektakularne, szczególnie, że nowi przeciwnicy Aldany to nabuzowane narkotykiem mięśniaki w stylu Bane’a czy Nappy, jeśli chcemy zostać przy Dragon Ballu. Richard zresztą wychodzi w LastMan tom 6 na pierwszy plan, a Adriana i Marianne praktycznie tu nie uświadczymy, ale jak już się pojawiają, to wywołają w czytelnikach szok i niedowierzanie.

Ewidentnie czuć, że Bastien Vives na półmetku starał się pozamykać pewne wątki i rozpocząć nowy etap, ale jednocześnie postanowił uderzyć czytelników młotem i nawet nieźle mu to wyszło, chociaż dopiero w końcówce. LastMan tom 6 to także przeskok w czasie, który może pokazać daleko idące konsekwencje wydarzeń, w które uwikłani są nasi bohaterowie, ale czy rzeczywiście tak się stanie? Na odpowiedź będziemy musieli poczekać do kolejnego tomu.

LastMan tom 6 to ultraszybka, przeładowana akcją lektura, która przez to wypada nieco gorzej od swoich poprzedników, gdzie jednak mniej było łopatologii, a więcej tajemnicy i napięcia. Graficznie album wciąż wypada podobnie – to nadal europejska próba uchwycenia klimatu mangi prosto z Japonii, ale z własnym, autorskim zacięciem i specyficznym humorem cechującym francuski zespół twórców.

Myślę, że na tym etapie macie już wyrobione zadnie na temat LastMana i raczej się ono już nie zmieni. Mamy tu bogaty świat pozszywany z motywów fantasy, s-f, sensacji, z domieszką magii, mocy i duchów. Są wątki obyczajowe, jest szczypta erotyki, ogromny dynamizm, ale i chaos scen akcji oraz oszczędne dialogi. Mix tych elementów bywa ciężkostrawny, ale częściej jednak jest intrygujący. I skłamałbym, gdybym powiedział, że nie ciekawi mnie jak to się skończy.


https://assets.gildia.pl/system/thumbs/000/469/342/469342/1625051540/800.jpg

Okładka komiksu LastMan tom 6

Tytuł oryginalny: LastMan vol. 6
Scenariusz: Bastien Vives
Rysunki: Bastien Vives, Michael Sanlaville, Yves Balak
Tłumaczenie: Jakub Syty
Wydawca: Non Stop Comics 2021
Liczba stron: 216
Ocena: 60/100

Zastępca redaktora naczelnego

PR-owiec, recenzent, geek. Kocha kino, seriale, książki, komiksy i gry. Kumpel Grahama Mastertona. W MR odpowiedzialny za dział komiksów, książek i gier planszowych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?