Po ucieczce Lady Deathstrike bohater podąża jej śladem, który prowadzi do Kraju Kwitnącej Wiśni. Nieoczekiwanie trafia tam na organizację, która w jego przeszłości przysporzyła mu kłopotów, a która w tym czasie jeszcze nie zdążyła nabrać muskułów, aby zaaplikować mu je ponownie. I wszystko poszłoby gładko, kilka cięć szponami i po sprawie. Gwoździem w bucie okazuje się tu pewien małoletni psionik. Wszystko komplikuje na dodatek kwestia godna rozważań z pola fizyki, a charakter głównego bohatera raczej nie pasuje do takowych przemyśleń. Jak poradził sobie z tym Jeff Lemire?
Po pierwsze – świetnie wykorzystuje czas, a raczej czasy akcji. W Staruszku Loganie pod tym względem powstał pewien paradoks. Przeszłość bohatera jest przyszłością czasu, do którego przybył. Dodać należy, że niespełnioną. Lemire wykorzystuje tu tę kwestię i robi to na poziomie zaawansowania większym nawet niż w Royal City czy Łasuchu. Po drugie, staruszek Logan to chyba najbrutalniejsza wersja Wolverine’a od lat. Krwistość jest tu wyraźnie większa od tego, co zwykliśmy oglądać w okresie Marvel NOW! 2.0. Klucz w tym, że nie jest to bezmózga masakra, a sprawnie wykorzystany element, który przybliża Ostatniego ronina do oryginalnej opowieści Millara i McNivena. Mówiąc wprost – posoka musi być czasem oliwą dobrego scenariusza.
Co jest też ogromnym plusem Staruszka Logana? Fakt, iż Lemire omija mainstreamowe wydarzenia. Logan co prawda brał udział w II Wojnie domowej, lecz wątki z nią związane pojawiły się w innych seriach. W jego solowych przygodach scenarzysta ma więcej miejsca na autorskie popisy, a te zawsze wychodzą mu bardzo dobrze. Dzięki temu Wolverine jest autentyczny, wyrasta ponad obraz zrzędliwego emeryta ze skłonnością do małych masakr. Ujmując to jaśniej – Staruszek Logan tom 4: Ostatni Ronin to czysty Jeff Lemire w superbohaterskim opakowaniu. Bohater i jego historia są złożone, jego emocje zrozumiałe, a rozwiązania fabularne nie idą w stronę prostoty peleryniarzy.
Kojarzycie bazarowe koszulki z rockowymi, patriotycznymi i ogólnie wszelkimi „groźnymi” nadrukami? Część z nich to perełki, ale sporoto kiczowaty chłam. Dotyczy to zwłaszcza tych z japońskimi motywami, które niczym tatuaż z ideogramem „smoka”, oznaczający w rzeczywistości kurczaka w pięciu smakach, dalekie są od prawdziwie orientalnej sztuki. I tu znów muszę pisać peany pod adresem Andrei Sorrentino. Włoch jest utalentowany, wizjonerski i potrafi korzystać z nowoczesnych narzędzi plastycznych. Do tego wie, jak rysować do pod daną historię. Staruszek Logan tom 4: Ostatni ronin jest o wiele agresywniejszy od poprzednich tomów, nie wspominając już o takim Gideon Falls. Częstym współpracownikiem Lemire’a i Sorrentino jest Marcelo Maiolo, kolorysta tworzący na równie wysokim poziomie. Dla mnie ta trójka mogłaby tworzyć bez końca.
Dla mnie Staruszek Logan jest najlepszą opcją w ofercie Marvel NOW! 2.0. Nie jest to tandetna superbohaterszczyzna, utrzymuje przy tym trend tego czasu „all-new, all-different” i ma indywidualny charakter. Run Jeffa Lemira trwa do dwudziestego czwartego zeszytu i zobaczymy wówczas, czy Egmont wyda dalsze numery pióra Eda Brissona. Zamiast jednak zastanawiać się nad tym, nacieszmy się czwartym albumem Staruszka Logana i liczmy na prędką premierę Moon Knighta tego samego scenarzysty.
Tytuł oryginalny: Old Man Logan Vol 3: The Last Ronin
Scenariusz: Jeff Lemire
Rysunki: Andrea Sorrentino
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Wydawca: Egmont 2019
Liczba stron: 108
Ocena: 85/100