Seria Głębia Ricka Remendera przyciągnęła mnie swoim zamysłem. Oto ludzkość od tysięcy lat kryjąca się na dnie oceanów przez zabójczym słońcem tworzy całkiem sprawną cywilizację, a to wszystko w oryginalnej kresce i kolorystyce Grega Tocchiniego i Dave’a McCaiga. Sęk w tym, że prędko okazało się, że całość zapętliła się na modłę popołudniowej telenoweli, z nadmiernym dodatkiem dość szczególnego rodzaju hard SF. Oto zarządzająca jedną z podmorskich ludzkich siedzib rodzina Caine’ów została rozbita już w pierwszym tomie i to w bezsensownie brutalny sposób. Bezsensownie, gdyż jak się później okazało, Stel Cain nie została sama, a jej córki, Tajo i Della, mają się lepiej, niż przypuszczała. Familijne relacje w tej serii mogłyby być jej mocną stroną, gdyby nie fakt, że stosunki między członkami rodziny miejscami są niczym z paradokumentów i tureckich seriali. Rozwijając nieco – otrzymujemy miks wrzasków i wzajemnych roszczeń z nutką podniosłości i dramatyzmu, jakim często zwykły posługiwać się damy. A szkoda, bo świat zarówno pod, jak i nad wodą ma sporo do pokazania, szczególnie w kontekście pojawienia się innych inteligentnych gatunków.
Autor podzielił akcję na dwa nurty. Jeden dotyczy matki rodu Cainów, która na spalonej powierzchni poszukuje sondy, która odnalazła planetę zdatną do zamieszkania. Drugi z kolei obraca się wokół jej córek, pragnących wesprzeć swą rodzicielkę, lecz natrafiających na własne problemy. I tu pojawia się największa wada cyklu. Nadmiernie rozdmuchana fabuła, która nakłada na postaci niewyobrażalną wręcz ilość problemów. W przypadku komiksu superbohaterskiego byłoby to zrozumiałe, ale nawet w tego typu dziele oczekiwałbym, aby wszystko było zrobione z sensem, nie na zasadzie ciągłego i złośliwego rzucania kamieniami zza węgła we własnych bohaterów. Jakaż to jednak jest przyczyna, iż twórca tak gnębi rodzinę Caine’ów?
Rick Remender to artysta zdolny. Jego Uncanny X-Force to solidna lektura, ciesząca się moim uznaniem. Tutaj jest nieco inaczej i nie bez konkretnej przyczyny. W pierwszym tomie Głębi autor wspominał, iż okres, w którym tworzył ten tytuł, był dla niego prywatnie dość ciężki. I jest to mocno widoczne i w trzecim tomie. Artysta zdaje się czerpać satysfakcję z ciągłego przeczołgiwania swoich bohaterów i nonsensownego piętrzenia problemów. Świat, jaki wykreował, mógłby być bazą pod dobry, a może nawet wybitny komiks, z całą jego egzotyką, możliwościami rozwoju ludzkości po tysiącach lat i wieloma innymi aspektami, lecz jest inaczej. Scenarzysta z zamiłowaniem dziecka z lupą przypalającego mrówki podcina skrzydła swym bohaterom i tym samym męczy czytelnika, pragnącego by akcja choć na chwilę stała się lżejsza.
Rysunkom dobrze zrobił podział fabuły. Drugi tom męczył nieco oczy jednostajnymi, intensywnymi barwami, nałożonymi zresztą w dość specyficzny sposób. Kolory w Głębi rozmazują nieco kontury i całość ma dość rozedrgany, niestabilny kształt, co samo w sobie jest dość interesujące, jednak bez jakichkolwiek zmian staje się po prostu nużące. Z racji odmiennych miejsc akcji nie mogę się uskarżać na monotonię, a powiedziałbym nawet, że gdyby scenariusz dotrzymywał kroku rysunkom, całość nie byłaby tak przeciętna i przekombinowana.
Znacie to uczucie, gdy oglądając lub czytając konkretne dzieło marudzicie nad jego wadami, a mimo to brniecie dalej? Dla mnie czymś takim jest Głębia. Komiks, który nie jest wystarczająco dobry, bym oczekiwał jego kolejnego tomu, na dodatek ze zmarnowanym potencjałem ogólnej idei fabularnej, ale też niebędący na tyle złym tworem, aby przejść obok niego zupełnie obojętnie i puścić go w niepamięć. Pierwszy tom zwiastował bardzo dobry cykl, drugi był gwałtownym spadkiem, chociażby ze względu na męczącą oprawę graficzną i wszechobecny dramatyzm. Trzeci zdaje się hamować upadek, lecz boję się, że to moja swoista iluzja nadziei.
Tytuł oryginalny: Low Vol 3: Shore of the Dying Light
Scenariusz: Rick Remender
Rysunki: Greg Tocchini
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Wydawca: Non Stop Comics 2018
Liczba stron: 136
Ocena: 65/100