Wally West przed The New 52! był jedną z kluczowych postaci po zniknięciu z pola widzenia Barry’ego Allena. Mam na myśli tego o rudych włosach, nie zaś czarnoskórego małolata. W Uniwersum DC – Odrodzenie powrócił on z niebytu i mimo faktu, iż nie pamiętało go wielu najbliższych, jakoś zdołał funkcjonować w świecie po wydarzeniach z Flashpoint. W Flash tom 8: Wojna Flashów West wychodzi z cienia i to od razu z przytupem. W wyniku manipulacji Huntera Zolomona najszybszy wśród najszybszych biegacz przyczynia się do rozbicia jednej z granic wyznaczających stabilność, wpuszczając do swego świata nowe, nieprzewidywalne siły.
Po każdym komiksie z Flashem zadaje sobie to samo pytanie – co dalej? Zdolności speedsterów są na tyle niewiarygodne, że nawet lasery z oczu czy latanie wydają się przy nich nudnym standardem. Biegacze za nic mają czas, osiągają limity fizycznej wytrzymałości i jak pokazuje Wojna Flashów, mają wpływ na nadnaturalne siły, które przekraczają senne marzenia największych fantastów. Jest w tym oczywiście dużo przesady w kontekście superbohaterskim. Co to znaczy? A to, że nie zawsze wszystko jest spójne i choć nie oczekuję tego po historiach z ludźmi z maskach i pelerynach, to na skalę tego, co dzieje się w tym tomie, zapala mi się czerwona lampka. Choć większym problemem jest to, co jest tego przyczyną.
Zanim Disney dołożył konserwatywnym fanom świata Lucasa trylogią VII-IX, gromy ciskane były w stronę Zemsty Sithów. Mocno obrywał wówczas Anakin Skywalker i jego dość naiwne obawy o swą lubą. We Flash tom 8: Wojna Flashów Wally West idzie drogą przyszłego Lorda Vadera. Zolomon bierze go techniką „na rodzinkę” i mimo lat doświadczenia z superłotrami ten łyka jego podejrzaną przynętę. Aczkolwiek można mu zwrócić honor, bo po tułaczce z dala od bliskich stał się na tym punkcie wyjątkowo wyczulony i w realiach superbohaterów zachowuje się całkiem rozsądnie. Skoro jednak Williamson już wystawił więź Flashów na próbę, to czemu by nie iść dalej?
Joshua Williamson nie zmarnował swego pomysłu, ale nie wykorzystał go też w pełni. Pomyślcie. Mamy relację mistrza i ucznia, gdzie ten drugi, przynajmniej według wszelkich informacji, przewyższa mistrza. Do tego rudy Wally jest jedną z nielicznych w tym momencie postaci, którą łączy coś z Doktorem Manhattanem. Autor przy tym pozwolił sobie na zmiany, których unormowanie będzie ciężkie dla ewentualnych jego następców. I tu znów odnoszę wrażenie, że twórcy poszczególnych serii dostają całkowite zielone światło na to, co wydarzy się w ich serii. W efekcie mamy kilka równoległych eksplozji, które podkopują równowagę całego uniwersum. Zamiast tego, czy nie fajniej czytałoby się po prostu rodzinny konflikt speedsterów z obyczajowym wątkiem w tle, bez tych wszystkich fajerwerków, które tylko oślepiają i duszą dymem?
Kolejny tom Flasha za nami i skłamałbym, gdybym powiedział, że absolutnie mi się nie podobał. Fakt, iż wolałbym, aby Williamson nieco zwolnił, nie zmienia tego, że jego pomysły są ekscytujące. Flash tom 8: Wojna Flashów zmienia wiele czynników w świecie obrońcy Keystone City i można by się zastanawiać, czy są one niezbędne, natomiast z drugiej strony to dobra rozrywka dla fanów lekkich historii superbohaterskich. U progu majówki Egmont wyda dziewiąty tom, w którym przekonamy się, czy moje obawy o zdrową logikę w fabule są uzasadnione. Na razie rozmach wydarzeń w świecie DC zdaje się nie mieć określonych ram i wciąż rosnąć.
Tytuł oryginalny: Flash Vol. 8: Flash War
Scenariusz: Joshua Williamson
Rysunki: Howard Porter
Tłumaczenie: Tomasz Kłoszewski
Wydawca: Egmont 2020
Liczba stron: 144
Ocena: 70/100